wredny, przebiegły blog o rzeczach różnych
kompjuterz
O Office-ie 2010 i Live Workspace
mar 12th
Microsoft upublicznił betę Office-a 2010 już jakiś czas temu. Najpierw, jak to zazwyczaj bywa, była ona dostępna dla użytkowników MSDNAA, a później również dla wszystkich śmiertelników.
Chciałem być na czasie i przetestować co już w czerwcu zamierza wypuścić Microsoft. I wziąłem i zainstalowałem.
Po pierwsze, jest to beta. I jak to beta, często jest niestabilna. Na dzień dobry, zaraz po instalacji zaliczyłem crusha. Czyżby miłe złego początki? Nie przejąłem się tym zbytnio. Przy kolejnej próbie uruchomienia, ekran powitalny przywiesił się deczko, ale po chwili ruszył dalej. Yupi!
I co? Dalej mamy białą kartkę papieru w głównym oknie. Powyżej tzw. system wstążek. Więc nie zmieniło się wiele w porównaniu do wersji 2007. Jak pamięcią sięgam, to w moim przypadku zmiana z Office-a 2003 na 2007 była niezłą traumą. Długo się wzbraniałem przed przesiadką. Cokolwiek (bardziej zaawansowanego) chciałem zrobić w Wordzie to od razu czułem się zagubiony. Albo musiałem wertować Pomoc (słynne F1) albo pytać o radę wujka Google-a. W każdym bądź razie proces mojego przystosowania do nowych funkcji i wyglądu Office-a trwał długo i nie był przyjemny. Do porozumienia w dalszym ciągu trudno mi dojść z Excel-em, aczkolwiek ostatnio wkroczyliśmy na ścieżkę dialogu
Po co o tym piszę? Ano po to, by pokazać kontrast między migracją na Office-a 2010. O ile przejście z wersji, które ukazały się przed 2003 będzie istną drogą przez mękę, o tyle przesiadka z 2007 jest bezproblemowa. Większość rzeczy pozostawiono w miejscu, w którym się znajdowała. Dodano kilka użytecznych funkcji, inne (mniej potrzebne) poukrywano w opcjach. Ogólnie rzecz biorąc wyszło to pakietowi biurowemu na plus. Oczywiście dzięki wstążkom można w dużym stopniu konfigurować górnym pasek opcjami, które nas interesują i często z nich korzystamy.
Duże, a w zasadzie największe nadzieje (dlatego zainstalowałem Office-a 2010) wiązałem z Office Live Workspace – czyli możliwości publikowania swoich dokumentów office-owskich w sieci. Po rejestracji swojego Live ID otrzymujemy 5GB miejsca na serwerach Microsoft-u. Sporo, ale możemy je wykorzystać wyłącznie na dokumenty. Widać, że gigant z Redmond wzorował się na Google Docs i nie do końca wyszedł na najlepiej. Interfejs jest
toporny. Gdy klikniemy New -> Word Document nie możemy od razu przejść do pisania tekstu, ale najpierw musimy ściągnąć na dysk Windows Live ID Assistant, co od razu dyskwalifikuje pod względem mobilności. Przecież o to chodzi w Google Docs, by mieć dostęp do swoich dokumentów szybko i bezproblemowo. A tutaj instalowanie pluginów przekreśla w moim odczuciu tą usługę. Druga sprawa to zapisywanie plików. Nie można kliknąć szybko ”Ctrl+S” i mieć pewność, że dokument raz, dwa poleci w sieć na nasze konto. Tylko mozolnie trzeba kliknąć File -> Add-Ins -> Save to Office Live, a następnie wybrać folder, gdzie ma być zapisany. I tu kolejna przeszkoda. Z poziomu Word-a nie udało mi się stworzyć folderu, gdzie plik ma być zapisany (!). Mogłem dopiero to zrobić z przeglądarki. Zapisywanie na serwerze trwa kilka chwil. Word najpierw musi połączyć się z nim (z początku wygląda jakby się zawieszał), później zaczyna wysyłać plik (tu prędkość przesyłu uwarunkowana jest naszym łączem internetowym). I w końcu, plik został zapisany…
Także takie to mam niemiłe wspomnienia z pracą z nowym Office-m. Mimo wszystko internetowym królem pakietów biurowych pozostał Google Docs. A jeśli koniecznie chcemy edytować dokumenty office-owskie to fantastycznie sprawdza się połączenie z Dropboxem, który bez żadnych problemów po zapisaniu na dysku umieści je na naszym koncie w Internecie.
Dobrze się stało, że Microsoft upublicznił betę nowego Office-a, bo beta zawiera sporo błędów, a im więcej beta-testerów tym więcej błędów zostanie wyłapanych. I mam nadzieję, że w finalnej wersji produktu wszystko będzie funkcjonowało bez zgrzytów.
Logitech Wave czyli zmiana klawiatury
mar 5th
O nowe klawiaturze słów kilka chciałbym napisać. A bo sobie kupiłem. O!
Jest dużo większa niż moja poprzednia kompaktowa Logitech K300. Ale taka właśnie miała być. W K300 denerwował mnie rozkład klawiszy, a przede wszystkim ich wielkość. Były stanowczo za małe i moje palce często się myliły, co pogłębiało moją frustrację z każdym dniem. Aż pewnego wieczora miarka się przebrała i zapadła decyzja – czas na zmianę klawiatury.
Jako, że Logitech zawsze odpowiadał za wysoką jakość swoich produktów, więc nie było sensu szukać gdzie indziej. Tym razem postawiłem zaszaleć i zainwestować w urządzenie bezprzewodowe. Czy okaże się to słuszną decyzją? Pewnie czas pokaże. Dotychczas miałem tylko raz problemy z wprowadzaniem znaków, problem natury radiowej, wystarczyło jeszcze raz wcisnąć przycisk „connect” na odwrocie klawiatury i wszystko wróciło do normy.
Co więcej jest sporo klawiszy funkcyjnych, które akurat w przypadku Wave sprawdzają się wspaniale, głównie za sprawę wysoce konfigurowalnego programu Logitecha do obsługi ich produktów. Zarówno klawitury jak i myszki. Wszystko w jednym miejscu. Bardzo użyteczne. Aż sam się sobie dziwię, że do tej pory nie używałem tego software’u, ponieważ podnosi on użyteczność urządzeń peryferyjnych w znaczącym stopniu. Teraz sterowanie WinAmpem z poziomu klawiatury jest bajecznie proste, podobnie jak zoomowanie stron w internetowych, co na 22” monitorze często stosuję.
Skok klawiszy mógłby być nieco mniejszy, aczkolwiek jest to kwestia przyzwyczajenia, szczególnie gdy się przerzuca z klawiatury laptopowej. I „Enter” mógłby być duży, jednak jest to mały problem, ponieważ zazwyczaj gdy chcę użyć to jest dostępny pod moim małym palcem.
Podsumowując, dotychczas uważam, że zakup Wave jest dosyć udany, a pisanie jest komfortowe, głównie dzięki falistemu ułożeniu liter oraz wygodnej podkładce pod dłonie. Jedynie niepokojem napawa mnie owa bezprzewodowość. Mam tylko nadzieję, że podany przez producenta czas pracy na bateriach „3 lata” (!) utrzyma się choćby w 1/3 tego okresu. Wtedy będzie już miodzio.
Czy blogi muszą się zmienić?
wrz 21st
W powyższym linku znajduje się intrygujący wpis. Skłonił mnie on do napisania swojego.
Czy blogowanie się nudzi? To zależy. W głównej mierze zależy od prowadzącego. Tak, to prawda, że ~95% blogów nie przetrwa pierwszych dwóch miesięcy istnienia, kolejne 4% padają po roku istnienia. Więc słomiany zapał jest główną przyczyną upadania blogów.
Wymaga dużo pracy i jest niewygodny. Hmm… dużo pracy potrzeba na początku, gdy się zaczyna i tworzy się wygląd. Później potrzeba tylko systematyczności i systematyczności. Wpisy muszą się ukazywać co jakiś czas, nie można nie pisać przez miesiąc, aby później dodawać po kilkanaście postów dziennie. Nie zgodzę się, że także iż jest nie wygodny. Mój wordpress jest wygodny, ale jest okrutnie toporny. Potrzebuje szybkiego łącza, obciąża pamięć i procesor, to fakt.
Czy mikroblogi są przyszłością? I tak, i nie. Zapewniają natychmiastową komunikację i błyskawiczną wymianę informacji, są wspaniałym narzędziem do szybkich komentarzy, ale na pewno nie do prowadzenia długich dyskusji. Ograniczenie do 140 czy 160 znaków na post strasznie je spłyca, do zdawkowych informacji. Czy przyszłość zwykłych blogów jest zagrożona? Nie wydaje mi się. Z pewnością będzie ich mnie niż twitterów czy blipów, ale będą przedstawiały lepszą jakość. A doskonałym uzupełnieniem starych blogów będą nowe serwisy mikroblogowe.
I życie w symbiozie będzie jak najbardziej wskazane.
Obrazek: KLiK!
Więcej seksu? Poproszę.
wrz 12th
http://www.gram.pl/news_8grgHei6_BioWare_chce_wiecej_seksu_w_grach.html
No, muszę przyznać, że w końcu ktoś poważny w tej branży zabrał głos. I to od razu w odpowiednim tonie. Gdy spojrzeć na gry komputerowe to rzeczywiście seks praktycznie zawsze pozostawał tabu. Nie liczę tutaj takich tytułów jak Lula czy Larry, które to od początku były skierowane do gracza pełnoletniego, a ich tematyka była jednoznaczna. Chodzi mi tutaj raczej o to, by seks był pewnym, smaczkiem dla gracza, dodatkiem do całej strony fabularnej, a nie celem, samy w sobie. Tak było do tej pory zarówno w kinie, jak i w książkach. Dlaczego nie miałoby być podobnie w grach komputerowych?
Skoro gra i tak jest przeznaczona do sprzedaży w kategorii +18 to nie widzę przeciwwskazań.
PS. Myślę, że pierwszą grą, która zapoczątkowała trend, o którym można przeczytać w newsie był rodzimy Wiedźmin.
























